"Rodzanice", K. Puzyńska
To już dziesiąty tom serii o policjantach z Lipowa. Dziesiąty - i na pewno nie ostatni (a przynajmniej na to wskazuje niedopowiedziane zakończenie!). Katarzyna Puzyńska wciąż trzyma wysoki poziom. W "Rodzanicach" znajdziemy wszystko - zagadkę i tajemnicę, słowiańskie legendy, zaskakującą fabułę, dobrą historię, momenty grozy i niepewności oraz intrygi i niespodziewane zwroty akcji. Tu nic nie jest takie, na jakie wygląda. 🐾
Po raz pierwszy spotkałam się z Puzyńską przy okazji "Czarnych narcyzów". Powiem szczerze - nie byłam ani trochę dobrze nastawiona do kryminałów polskiej autorki, książka odleżała swoje na półce, ale w końcu przełamałam się i przeczytałam. I byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, bo lektura wciągnęła mnie od pierwszej do ostatniej strony. Niedługo później w księgarniach pojawiła się "Nora", którą dostałam w prezencie urodzinowym wraz z wcześniejszym "Domem czwartym". Swoim czytelniczym odkryciem podzieliłam się z rodzicami i - jednogłośnie zafascynowani - wspólnie udało nam się skompletować całą serię o Lipowie, do której teraz dołączyły "Rodzanice". Ja jeszcze nie zdążyłam przeczytać tomów od 1 do 6 (tak, dobrze rozumiecie - czytam od końca), ale wcale nie jest to konieczne do zrozumienia jednej części. Poza luźnymi wzmiankami (typu: 'Podczas śledztwa w sprawie Nory' czy 'Przy rozwiązywaniu sprawy Łaskuna') nie ma odwołań do wcześniejszych tomów. Chociaż myślę, że ich znajomość i kojarzenie faktów wpływają lepiej na odbiór całości - dodają autentyczności, sprawiają wrażenie kontynuacji historii.
Naprawdę lubię prozę Puzyńskiej, choć trzeba z ręką na sercu przyznać, że to lektury dość wymagające dla Czytelnika. Fabuły tych kryminałów są zawiłe, jest dużo bohaterów i każdy z nich przybywa z jakąś historią, wątki się przeplatają i krzyżują. Żeby się w tym wszystkim połapać i nie pogubić, należy czytać uważnie, kojarzyć fakty, łączyć informacje. To świetna zabawa, a przy takim aktywnym czytaniu nie sposób się już od książki oderwać!
Co jeszcze lubię u Puzyńskiej? Może to śmieszne, ale... imiona! Nie spotkamy tu Kasi, Ani i Basi (no, przynajmniej przeważnie), ale za to odnajdziemy Wierę, Żywię, Michalinę, Anastazję, Bohdana, Żegotę czy Rodomiła. I to jest, według mnie, super! Dzięki tym imionom styl Puzyńskiej staje się spójny, charakterystyczny, rozpoznawalny. I chociaż nie namawiam nikogo, do nazwania swojego syna 'Żegota', to trzeba przyznać, że w fabule imię to sprawdza się idealnie i na pewno od teraz będę je kojarzyć właśnie z tą pozycją.
"Rodzanice" mają zakończenie, które zostawia nas niejako z niedosytem. Rozpoczęty wątek nie zostaje zamknięty, co z jednej strony jest dobre, bo daje nam nadzieję (graniczącą niemal z pewnością) na kolejną część, a z drugiej - brutalne, bo na rozwiązanie zagadki trzeba będzie jakiś czas poczekać. Można by powiedzieć: "Pani Katarzyno, tak się nie robi!". Myślę jednak, że autorka nie raz udowodniła, że trzeba jej po prostu zaufać i... być cierpliwym. Wierzę, że w kolejnej części też nas nie zawiedzie.
➩ Moja ocena: 4/5

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz