"Stokrotki w śniegu", R. P. Evans

"Stokrotki w śniegu", R. P. Evans

Zdradzę Wam sekret: latem też można czytać powieści w świątecznym, bożonarodzeniowym klimacie. Serio. Nikt tego nie egzekwuje. Zresztą - nie ma złej pory roku na książki Richarda Paula Evansa.

Ciepłe, głębokie, pełne magii kryjącej się w ludzkich sercach - tak można krótko i konkretnie scharakteryzować prozę autora. Każda jego powieść mówi o ważnych wartościach i pokazuje, co w życiu liczy się najbardziej. Nie ma tu trzymających w napięciu scen i łamigłówek do rozwikłania: właściwie cały schemat historii jest prosty i dość przewidywalny. Ale nie jest to wada tych książek. Ich zadaniem jest sięganie do najwrażliwszych zakamarków ludzkiego serca i poruszanie najczulszych strun duszy. Czytając te opowieści właściwie wiem, jak się skończą, ale i tak nie mogę się od nich oderwać. To jest właśnie magia i kunszt Evansa: głębia i wrażliwość jego słów.

W Stokrotkach w śniegu poznajemy Jamesa, bezwzględnego biznesmena, którego opanowała rządza pieniądza i władza. Wspinając się po szczeblach kariery, rujnował ludziom życie i pozostawiał za sobą łzy, rozpacz i śmierć. Punktem zwrotnym w jego życiu staje się przeczytanie... własnego nekrologu. Jimmy ze zdumieniem i przerażeniem stwierdza, że wieść o jego śmierci, zamiast smutku, u wielu osób wywołuje radość.

Rozpoczyna się niełatwa walka o siebie i swoją rodzinę. Okazuje się jednak, że wybaczenia nie da się kupić za żadne pieniądze, a na naprawę niektórych błędów jest już za późno. Nie wszystko jednak stracone - w końcu to czas Bożego Narodzenia, a wtedy przecież zawsze dzieją się cuda...

Wszyscy od czasu do czasu się gubimy. Jednak trzeba wierzyć, że warto się szukać.

Moja ocena: 7/10.

"Niespokojny duch" D. du Maurier

"Niespokojny duch" D. du Maurier

Nie było to moje pierwsze spotkanie z Daphne du Maurier i muszę przyznać, że nie było też szczególnie zachwycające. Nie zrozumcie mnie źle: Niespokojny duch to dobra powieść, naprawdę dobra. Ale jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia i na mnie osobiście większe wrażenie zrobiły powieści takie jak Rebeka czy Moja kuzynka Rachela, które miałam okazje przeczytać wcześniej.

Pewnie nie przeczytałabym Niespokojnego ducha, gdyby nie wydanie - ale piękna Seria Butikowa od Albatrosa to jedne z niewielu książek, które kolekcjonuję w formie papierowej. (Większość pozycji kupuję już na Kindle'a. Nigdy nie sądziłam, że przerzucę się na czytnik, ale korzystanie z niego ma wiele zalet. O tym jednak innym razem). I przyznam, że była to szybka i przyjemna lektura, jednak dla mnie nie porywająca i nie chwytająca za serce. To taki typ lektury, kiedy sprawdzasz, ile jeszcze stron zostało do końca i już podczas czytania zastanawiasz się, po jaką książkę sięgnąć w następnej kolejności.

Niespokojny duch to historia rodziny Coombe'ów. Poznajemy burzliwe dzieje Janet, Josepha, Christophera i Jennifer. Cztery pokolenia, postacie o różnych charakterach, targani odmiennymi namiętnościami, z pasją i marzeniami, poszukujący na swój sposób spełnienia i swojego miejsca na świecie.

Bohaterowie są bardzo niejednoznaczni. O ile w przypadku Janet i Josepha ma to swój urok, o tyle później stają się dosyć... męczący. Ich perypetie zaczynają trochę przytłaczać i nudzić. Mam wrażenie, że wraz z kolejnymi rozdziałami brakuje im charakteru i odwagi. Żyją w pewnej klątwie pokoleń, dziedzicząc grzechy ojców i dziadków, ale nie do końca potrafią się wyrwać z tego schematu. Patrząc zupełnie po ludzku, brakuje im zrozumienia, empatii, rozmowy, współczucia. Chociaż powieść ma dobre zakończenie, mam wrażenie, że całość historii jest dosyć dołująca. Mówi o innym świecie i niespełnionych pragnieniach, zmarnowanych szansach i bardzo niezdrowych relacjach (zażyłość matki z synem, próba zaimponowania ojcu za wszelką cenę, rodzinna zawiść).

Czy sięgnę po Niespokojnego ducha po raz drugi? Pewnie nie. To może być jednak przyjemna lektura na zbliżające się nieuchronnie, jesienne popołudnia. Aż żałuję, że nie zostawiłam jej sobie na ten czas - mroczny klimat wykreowany przez Daphne du Maurier idealnie wpisałby się w długie wieczory przy gorącej herbacie.

⏩ Moja ocena: 5/10.

"Miasto Świętych Mężów", L. Montero Manglano

"Miasto Świętych Mężów", L. Montero Manglano

Lubicie czytać te same książki po raz drugi? Bo ja generalnie nie - wyjątkiem są literackie arcydzieła, do których chce się wracać raz za czas. U mnie to między innymi Harry Potter, powieści z cyklu Cmentarz Zakazanych Książek Zafona, tytuły takie jak Chłopiec z latawcem Hosseiniego, Mężczyzna imieniem Ove Backmana czy Sztuka słyszenia bicia serca Sendkera. Trylogia o Poszukiwaczach też jest dla mnie tego typu historią - którą mam, i do której wracam. Właśnie całą serię przeczytałam po raz trzeci, czego zwieńczeniem było Miasto Świętych Mężów.

Narodowy Korpus Poszukiwaczy ma jedną misję - odzyskiwanie zrabowanych niegdyś Hiszpanii dzieł sztuki i przywracanie ich prawowitemu właścicielowi, czyli Muzeum Narodowemu. To tajna organizacja rządowa, działająca na granicy legalności. Kiedy do zespołu dołącza Tirso Alfaro, świat Poszukiwaczy staje na głowie. Oto okazuje się, że legenda o magicznym stole, który Królowa Saby podarowała Salomonowi, może nie być tylko mitem...

Śledzenie poczynań Tirsa i ekipy Kawalerów Poszukiwaczy to wspaniała przygoda. Nieustannie jestem pod wrażeniem, jak doskonale Manglano wykreował te postacie i jak trzy poszczególne tomy spajają się w jedną całość. Niech Was nie przestraszą historyczne opisy wplecione w tekst - stanowią one zaledwie podwaliny pod główną fabułę, a napisane są w sposób na tyle przystępny, że połyka się je gładko razem z resztą książki.

Tajemnicza Enigma, genialny Yokai, urodzony pod szczęśliwą gwiazdą Bańka, sprytna Danny i przede wszystkim śmiały (a czasem lekkomyślny) Faro, którego życiową misją jest poszukiwanie - ta ekipa zapewni moc wrażeń podczas rozwiązywania zagadek, które mają doprowadzić do znalezienia Stołu Króla Salomona, Ołtarza Imienia nad Imionami i poznania prawdziwego Imienia Boga. Szem ha-Meforasz. To opowieść o relacjach i przyjaźni, o pasji, obsesji, zdradzie oraz o poszukiwaniu, które nadaje sens naszemu życiu. Będzie tu śmiech i łzy, poleje się krew, a nawet pojawią się sceny rodem z powieści science-fiction. W końcu Deus est numerus...

Tylko tajemnica trzyma nas przy życiu. Tylko tajemnica. 

 Chcesz poznać tę historię? Pewnie, mogłabym Ci ją opowiedzieć, ale znam lepszą...


Kolejność czytania:

1. Stół Króla Salomona

2. Łańcuch Proroka

3. Miasto Świętych Mężów

Dlaczego odeszłam z bookstagrama?

Dlaczego odeszłam z bookstagrama?

Jestem prawdziwą mistrzynią w zaczynaniu od nowa.

Trzy lata to całkiem sporo czasu. Nie publikowałam tu dużo i długo, ani jakoś szczególnie regularnie, a jednak kiedy znalazłam w odmętach przeglądarki adres tego bloga, obudził się we mnie jakiś sentyment i pragnienie powrotu do publikowania recenzji. Czytania nie zaniechałam - wciąż czytam sporo, w prawie każdej wolnej chwili - ale to właśnie z pisaniem o przeczytanych książek miałam problem. Dlaczego?

Cóż, winię własne ambicje i bookstagram, czyli społeczność miłośników książek na platformie IG. Chcąc podążać za trendami, narzucałam sobie za duże tempo. Tyle książek było do przeczytania, żeby być na bieżąco, tyle tytułów do zdobycia, do opisania! Z tym opisywaniem też miałam problem, bo nie mogłam pozbyć się wrażenia, że staram się pisać bardziej pod ludzi, niż pod siebie. Trochę kłóciło się to z moim systemem wartości, bo kiedy zakładałam Book Story, obiecałam sobie, że będę dzielić się tu moimi subiektywnymi odczuciami, bez względu na opinie większości. Chciałam polecać dobre książki, ale też śmiało mówić, że któraś pozycja nie przypadła mi do gustu.

I chyba potrzebowałam tych trzech lat, żeby dorosnąć do prowadzenia bloga i konta na IG o książkach.

Nie jestem tu przecież po lajki, po serduszka, po obserwatorów, po współprace z wydawnictwami. Nie chcę czytać nowości wydawniczych (choć i takie się w moim repertuarze zdarzą), skoro mam w domu Stos Hańby wyższy niż Burdż Chalifa. Chcę tu być, bo sprawia mi to przyjemność. Zarówno czytanie, jak i pisanie o przeczytanym.

Tak więc wracam - bez presji, bez celów, bez wymagań. Na własnych zasadach i po swojemu, i na ile pozwoli mi czas. Bo przez te trzy lata w moim życiu sporo się zmieniło - zostałam żoną i opiekunką chorowitego corgasa, a obie te rzeczy trochę uszczupliły mój wolny czas.

Po raz kolejny więc... do dzieła. Zaczynam od nowa.


"Wszystko na swoim miejscu", O. Sacks

"Wszystko na swoim miejscu", O. Sacks

Oliviera Sacksa miałam już okazję poznać przy okazji "Mężczyzny, który pomylił swoją żonę z kapeluszem" - książki, którą na studiach polecała jedna z doktorantek. Już wtedy angielski neurolog niejako "kupił mnie" swoim pisarskim stylem - jego słowa czytało się jak powieść, mimo że dotyczyły przypadków medycznych wraz z całą gamą pokrętnej terminologii. "Wszystko na swoim miejscu" to również zbiór felietonów i artykułów Sacksa, w których autor daje nam się poznać nie tylko jako człowiek nauki, ale także niezwykle wrażliwy obserwator świata, miłośnik roślin i książek. I pewnie dlatego po przeczytaniu tej pozycji mam wrażenie, że jest mi szczególnie bliski.

Olivier Sacks zabiera nas w niezwykłą podróż - przez swoje życie. W jego felietonach przeczytamy o chłopcu od nastoletnich lat zafascynowanym nauką i przyrodą, szczególnie ośmiornicami, a także książkami. Jego wspomnienia przeniosą nas do budynków muzeów i centrum kultur, uczelni i bibliotek. Jak to ma w zwyczaju, obszerna część lektury została poświęcona też przypadkom medycznym, z którymi autor miał do czynienia jako lekarz - ale i te opisane są niezwykle barwnie, skłaniają do refleksji i zadumy. Poznamy historię pewnego pana, który przez siedem lat tkwił w "zamrożeniu", stanie dziwnej hibernacji, a także poznamy przypadek innego bohatera, który podczas spaceru wyrwał nieznanej kobiecie z rąk hamburgera i go zjadł. Wspólnie z autorem zajrzymy do wnętrza ludzkiej psychiki, poznamy bolączki i radości neurologicznego świata...

...ale nie tylko.


Jeśli szczęście pozwoli nam w zdrowiu dożyć późnego wieku, właśnie owo poczucie zachwytu może aż do końca życia podtrzymać w nas pasję i kreatywność. 

W książce "Wszystko na swoim miejscu" poznamy Oliviera Sacksa jako człowieka, który potrafił się prawdziwie zachwycać - i to nie tylko medycznymi przypadkami. Poznamy uczestnika Dnia Śledzia, miłośnika paproci i klasycznego, papierowego wydania książki. Zobaczymy też mężczyznę, którego wzrusza i zastanawia zachowanie orangutana w zoo. A wszystko po to, by zostawić po sobie pewne przesłanie, jakąś myśl, która będzie powracać w tej ostatniej jego książce, i którą chyba najlepiej jest ująć jego własnymi słowami z ostatniego akapitu lektury:


Wiem, że już niedługo będę musiał opuścić ten świat, tym bardziej jednak muszę pielęgnować w sobie wiarę w to, że ludzkość i nasza planeta przetrwają, że życie będzie toczyć się dalej i że nie jest to nasza ostatnia godzina.

Moja ocena ⇨ 7/10