"Zazdrośnice", E-E. Schmitt
To moje pierwsze od wielu, wielu lat spotkanie z Erickiem-Emmanuelem Schmittem. Pierwsze od czasu "Oskara i Pani Róży", czyli historii, która wycisnęła ze mnie łzy i zapadła w pamięć na dobre, tak, że cytuję niektóre fragmenty do dziś. Poprzeczka została więc zawieszona wysoko... bardzo wysoko. Jeśli chodzi o "Zazdrośnice" - za wysoko.
Historię o czterech paryskich przyjaciółkach - a właściwie cztery historie, splecione w jedną całość - poznajemy w formie pamiętników. Wnikamy w myśli bohaterek, ich emocje i problemy, ale mimo wszystko nie od razu cała fabuła i tajemnice zostają "wystawione na talerz". Poznajemy ich rodziny, ich dylematy, ich kompleksy, ich trudności... Ale jednak nie wszystkimi sekretami bohaterki dzielą się z pamiętnikiem. Tak, jakby i papier mógł je zdradzić. Jest wrogiem, czy sojusznikiem? Ufać mu, czy strzec się przed nim...?
"Zazdrośnice" to powieść do połknięcia na raz, najwyżej na dwa razy. Jest prosta, ale nie banalna. Schematyczna, raczej przewidywalna, w mojej ocenie trochę za bardzo dramatyczna... ale, całościowo, ciekawa. Stawia ważne pytania o przyjaźń, zazdrość, zdradę, jak również o wybaczenie, sens życia. O miłość. I chociaż trudno mi dziś wyobrazić sobie nastolatki, które w wolnych chwilach snują wywody filozoficzne o sensie kochania i z pamięci cytują Szekspira, to jednak świat przedstawiony wpisuje się również we współczesne problemy młodych kobiet, a także we współczesne problemy całych rodzin. Uderzyło mnie to, że żadna z bohaterek nie ma "normalnej" rodziny. To jednocześnie cholernie przykre, jak i cholernie zastanawiające.
Cenię Schmitta za to, że pomiędzy zdaniami przemyca piękne, inspirujące prawdy życiowe. Wiecie, takie naprawdę wartościowe. Lubię je odnajdywać, zapisywać, a później się nad nimi zastanawiać.
W śnie o miłości wszystko jest piękne, oprócz przebudzenia.
➩ Moja ocena: 2/5

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz