"Radości z kobiecości", E. S-D., N. B.
Owszem, miewam czasem zachcianki na książki inne niż obyczajowe. Wybieram wtedy takie tematy, które mnie naprawdę interesują, z których mogę czerpać wiedzę i inspiracje, i najlepiej takie, do których będę wracać w przyszłości. Na lekturę "Radości z kobiecości" natknęłam się zupełnie przypadkiem, ale już po pierwszych opiniach stwierdziłam, że chcę przeczytać ten różowy podręcznik z niebanalną okładką. Porusza on w końcu sprawy, które dotyczą mnie bez względu na to, czy tego chcę, czy nie - sprawy kobiecości i tego, co się z tym wiąże.
Nie żałuję przeczytania tej pozycji, choć nie jestem nią również jakoś specjalnie zachwycona. W moim osobistym rankingu plasuje się ona gdzieś pomiędzy kategoriami "Interesująca" a "Ujdzie w tłumie". Czytałam ją dość długo i uważnie, jedne aspekty interesowały mnie bardziej od innych; były momenty naprawdę ciekawe, oraz te zupełnie nudne, kiedy to walczyłam z ogromną chęcią pominięcia pewnych podrozdziałów, tak jak omija się kilkustronowe opisy przyrody w "Nad Niemnem". Koniec końców, dotarłam do końca. Brawo ja.
Zdecydowanym plusem lektury "Radości z kobiecości" jest język i sposób przekazu. Same autorki wspominają o tym we wstępie: chociaż są norweskimi studentkami medycyny, nie używają (jeszcze) żargonu typowo medycznego (choć zdarza im się pochwalić się łacińską nazwą jakiegoś narządu). Dzięki temu całość czyta się dość przyjemnie, bez konieczności uciekania się do wiedzy wujka Google. Autorki zadbały również o obrazowość tego, czego po zwykłym opisie trudno sobie wyobrazić, więc na pomoc przybywają z metaforami i porównaniami. A książka porusza naprawdę wiele istotnych spraw, jest więc całkiem pokaźną bazą wiedzy na tematy okołokobiece, od miesiączki począwszy, przez cykle, seks, ciążę, antykoncepcję, aż na menopauzie skończywszy. Wyjaśnia to, co wymaga wyjaśnienia, obala mity i bez skrępowania porusza tematy, o które kobiety często nie mają śmiałości pytać. Nade wszystko pozwala jednak zrozumieć własne ciało i pokochać własną kobiecość, zamiast na nią narzekać.
Co więc jest minusem tej książki? W mojej ocenie przede wszystkim uwarunkowania kulturowe. Autorki powołują się na środowisko norweskie, gdzie panuje inne prawo i inna mentalność ludzi. Dochodzą do tego również uwarunkowania religijne - zdaniem autorek nie ma nic złego w, przykładowo, uprawianiu seksu przez pary homoseksualne, co dla mnie, jako katoliczki, jest bardzo mocno kontrowersyjne. Podobne aspekty dotyczą spraw aborcji czy antykoncepcji. I chociaż trzeba przyznać, że autorki nie polecają bezpośrednio jakiejś jednej metody antykoncepcji (piszą po prostu o najbardziej i najmniej "skutecznych"), to nie poleciłabym tych rozdziałów nastolatkom, które jeszcze nie bardzo wiedzą, czego w życiu chcą.
Właśnie dlatego ta lektura wydaje mi się dość nierówna. Z jednej strony przekazuje cały ogrom wiedzy biologicznej, również medycznej, i dobrze jest na przykład dowiedzieć się, że błona dziewicza jest mitem (zapamiętałam nawet tę nazwę: hymen); z drugiej - razem z tą wiedzą poruszane są kwestie dość kontrowersyjne, szczególnie w Polsce, gdzie homoseksualizm nie jest powszechnie akceptowany, a o seksie nie gadamy na przystanku z nieznajomymi. Uważam więc, że to książka wartościowa, ale tylko dla kobiet świadomych, które potrafią dobrze wybrać, co z tej wiedzy przyjąć dla siebie i wdrożyć w życie, a co po prostu puścić w niepamięć.
➩ Moja ocena: 2.5/5
PS: Książka "Radości z kobiecości" powstała za sprawą popularnego w Norwegii bloga, którego autorki prowadzą. U nas, w Polsce, też działają podobne blogi, które poruszają kwestie medyczne, zdrowotne, okołokobiece. Najbardziej znaną, polską blogerką, jest z pewnością Mama Ginekolog. Jeśli jeszcze jej nie znacie, nadróbcie zaległości!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz