"Srebrna Zatoka", J. Moyes

Jojo Moyes jest autorką, której powieści kupuję w ciemno. I chociaż nie wszystkie one złapały mnie za serce (pamiętam rozczarowanie książką "We wspólnym rytmie" i nie do końca podzielam entuzjazm historią "Zanim się pojawiłeś"), to jednak nie da się zaprzeczyć, że lubię świat wykreowany przez tę brytyjską pisarkę i ciągle nie mogę się doczekać, czym mnie zaskoczy. Dlatego do lektury "Srebrnej Zatoki", która swoją premierę miała 16 stycznia, podeszłam z ciekawością i zapałem, i - nie ukrywam - dużymi oczekiwaniami. I nie zawiodłam się.

Czytałam do późnej nocy, bo nie mogłabym zasnąć, gdybym nie poznała końca tej historii. A gdy przerzuciłam już ostatnią stronę, kolejną godzinę słuchałam na Youtube pieśni wielorybów. I myślami wciąż byłam w Australii, nad oceanem, gdzie w oddali rozbrzmiewała melodia humbaków. Chyba nigdy wcześniej nie myślałam tyle o wielorybach.


Jojo Moyes tym razem nie zabiera nas do dużego miasta, ale nad brzeg australijskiego oceanu, gdzie Srebrna Zatoka żyje własnym rytmem. Rytm ten jest wyznaczany przez przyrodę, migracje wielorybów i odwiedziny delfinów. To świat, w którym człowiek wciąż dba o środowisko i współgra z nim, zamiast nad nim panować, lecz tej równowadze grozi poważne niebezpieczeństwo. Rozwój miast, napływ turystów, ciekawość, przemysł i niezrozumienie - to wszystko sprawia, że spokojna i błoga dotąd Srebrna Zatoka może stać się prestiżowym kurortem, już nie tak dobrym i przyjaznym dla morskich stworzeń, jak dotychczas. W to wszystko wplątują się losy tajemniczej i zamkniętej w sobie Lizy, której spokój też zostaje nagle zakłócony. Lecz o ile Srebrna Zatoka toczy walkę z urbanizacją i przyszłością, o tyle Liza musi rozliczyć się jeszcze z czymś innym - swoją przeszłością.

Tę historię mogłabym porównać do morza. Wchodzisz delikatnie i uważnie, nie do końca nawet wiesz, czy chcesz się zagłębiać - bo jest płytko i trochę nie wiesz, czego się spodziewać. Ale potem wpadasz i wszystko nabiera innej perspektywy, i pragniesz więcej i więcej. Tak, opowieść rozkręca się dopiero po jakimś czasie, ale potem wciąga do głębi i nawet nie chce się z tej "wody" wychodzić. Jest dość dobrze wyważona: czasem przewidywalna, innym razem zupełnie zaskakująca, niby schematyczna, a jednak wybijająca się ze schematów. To wszystko sprawia, że połyka się ją na raz, może na dwa razy. A potem pół nocy myśli się o wielorybach.

Ale nie tylko o wielorybach - również o relacjach. O wyborach. O ucieczkach. I odkrywam przy tym pewną prawidłowość, że gdy człowiek ucieka - czy to na chwilę, czy na dłużej - to najczęściej wybiera przyrodę, naturę, jak najdalej od wielkich miast, cywilizacji. Dopiero tam naprawdę można odetchnąć, prawda?

Oby nigdy nie zabrakło takich miejsc, gdzie właśnie przyroda wciąż gra najważniejszą rolę, nie człowiek.

➩ Moja ocena: 4.5/5

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz